Noc była dość chłodna jak na tę porę roku. Za to wschód słońca mam genialny! Już dawno nie miałem takiego widoku o świcie podczas takiej dłuższej wyprawy. Tradycyjnie już siadam ze wzrokiem wbitym w mapę i próbuję wymyślić jak tu dzisiaj jechać.
Plan jest taki, że na początek zjeżdżam do doliny rzeki Torysa. Początkowo zdarzają się niewielkie podjazdy jak chociażby ten w miejscowości Bajerovice.
W miejscowości Krivany stoi przy głównej drodze pałac. Przy tym pochodzącym z XVII wieku obiekcie byłem też kilka miesięcy później. Ale o tym już pisałem w jednej z wcześniejszych relacji na tym blogu 😉
Po przerwie ruszam dalej wzdłuż rzeki Torysa. Kierunek Sabinov.
Po super ścieżce rowerowej docieram do miasta Veľký Šariš. Nad miastem góruje charakterystyczne wzniesienie o stromych zboczach. Na jego szczycie znajdują się ruiny zamku. Obiekt ten zalicza się do tych największych na Słowacji. Historia obiektu sięga jeszcze okresu neolitu, ale największe znaczenie miał od XIII wieku gdy był to zamek królewski. Fajnie mieć drona bo nie trzeba wspinać się na to wzniesienie. Patrząc po nachyleniu stoków byłaby niezła męczarnia na podjeździe 😉
Preszów( słow. Prešov) Od dawien dawna rywalizował z Koszycami. Obecnie przewodzi z sąsiednimi Koszycami wśród miast we wschodniej Słowacji. Obecnie miasto liczy przeszło 90 tyś. mieszkańców i jest trzecie pod tym względem po Bratysławie i Koszycach na Słowacji.
Rynek jest w kształcie wrzeciona i to właśnie wokół niego zlokalizowane są najcenniejsze zabytki miasta. Wśród nich można wymienić pochodzący z XIV wieku kościół św. Mikołaja. Kiedyś rynek otaczały piękne późnogotyckie, renesansowe i barokowe kamienice. Niestety w 1887 roku centrum spustoszył ogromny pożar, a kamienice zostały odbudowane w nowym stylu.
Zaskoczyła mnie duża ilość zieleni w centrum.
Jadę dalej na południe wzdłuż rzeki Torysa. Ścieżka rowerowa mi się skończyła, więc jestem zmuszony niejako przemieszczać się po publicznych drogach. Oczywiście to nie problem bo mogę jechać po takich bardziej podrzędnych gdzie nie ma za dużego natężenia ruchu samochodów.
Tym razem staram się ominąć Koszyce bo już kiedyś tam byłem. Teraz wolę poświęcić ten czas na coś innego. Kieruję się ku Węgierskiej granicy. Sporo mam kilometrów do pokonania, a dzisiaj strasznie pali słonce. Czasami odpocznę w cieniu drzew. Jednak wysoka temperatura dość mocno uprzykrza jazdę.
Po 13tej docieram do miejscowości Skároš . Tutaj na podjeździe w kierunku granicy nieźle odczułem upał. Zaraz za miejscowością przy ulicy Głównej stoi pomnik poświęcony poległym w II Wojnie Światowej. Stoi tu kilka dział oraz znajdujący się na postumencie czołg T34/85. Sam park dość mocno zaniedbany.
A teraz ta przyjemniejsza część czyli zjazd 😀 Docieram do miejscowości Füzérkomlós. Widać nieodległy zamek Füzér. Jest to jedna z pierwszych murowanych twierdz na terenie Węgier. Pierwsze wzmianki na jego temat pochodzą z roku 1264. Zlokalizowana na wysokim wzgórzu pochodzenia wulkanicznego. Wygląda naprawdę zjawiskowo !
Lubię te węgierskie ścieżki rowerowe. Jakością nawierzchni znacznie przewyższają tamtejsze drogi. A co jeszcze w nich fajnego to to, że ciągną się kilometrami ! Gdzieś na trasie trafiam na wieżę widokową. Nic specjalnego. Widok dokładnie taki sam jak z dołu, ale zawsze to kolejny obiekt widokowy do kolekcji 😉
Przejeżdżam przez most graniczny i ponownie na chwilę znajduję się na Słowacji.
Do granicy już blisko. Towarzyszy mi widok na szczyt Magas.
Przejeżdżam przez most na rzece Badrog i Kieruję się na Pacin.
Ostatnią miejscowością przed granicą jest Veľký Kamenec. Nad wsią wznoszą się malownicze ruiny zamku. Obiekt powstał prawdopodobnie pod koniec XIII wielu lub na początku XIV wieku. Na przełomie XV i XVI wieku zamek został dość znacznie rozbudowany. W tamtych czasach właścicielami okolicznych dóbr była rodzina Soosów. Byli oni przeciwnikami Habsburgów. W tych rejonach habsburska władza była słaba albo ograniczona. Jednak po wykryciu spisku palatyna Vesselenyiego większość członków rodu straciło swoje majątki, a sam zamek został zburzony w roku 1673 z cesarskiego rozkazu.
Rzut beretem i znowu jestem na Węgrzech.
Po pokonaniu kilku kilometrów zatrzymuję się w jakimś młodniku przy ścieżce rowerowej.
Kolejny, już trzeci dzień tej wyprawy za mną. Poniżej dorzucę poglądową mapkę z trasą, którą pokonałem w tym dniu.
















































































wklieło się dwa razy to samo zdjęcie ;)
OdpowiedzUsuń