Ta noc w przeciwieństwie do poprzedniej była dość chłodna. Budzi się ładny dzień, a wszędzie osiadła rosa. Nie za bardzo chce mi się wychodzić ze śpiwora, ale nie mam wyjścia i po kilkunastu minutach wychodzę na zewnątrz zobaczyć okolicę.
Nocowałem przy polnej drodze nad samą rzeką. Obok jakieś pozostałości starego mostu. Pod drugiej stronie rzeki znajdują się jakieś zbiorniki przemysłowe z osadami.
Ruszam w drogę. Dzisiaj bez śniadania. Nic nie mam do jedzenia bo wszystkim podzieliłem się poprzedniego dnia z psami. Muszę znaleźć jakiś sklep i zrobić zakupy.
Po sąsiedzku mam miasto Baia Mare. Jednak już dzień wcześniej zdecydowałem, że nie jadę w tamtym kierunku. Wybieram jakieś podrzędne drogi. Na mapie wyglądają całkiem, całkiem, ale rzeczywistość okazała się zgoła inna. To nie była nawet szutrowa droga... To była mocno polna i bardzo wyboista trasa aż do miejscowości Posta.
Po drodze mijam kilka mniejszych wsi. Co ciekawe w wioskach jest piękny asfalt, a wystarczy wyjechać za tablicę z nazwą miejscowości i standard drogi mocno spada 😉
W końcu docieram do cywilizacji. Znaczy się do miejscowości gdzie trafiam na sklep, w którym mogę w końcu zrobić zakupy. Miasteczko Șomcuta Mare. A pod sklepem kilka bezdomnych psów chodzi od człowieka do człowieka próbując wyłudzić coś do jedzenia.
Pauza w miejscowości Șomcuta Mare.
U góry świeżo postawiony drewniany kościół. Wszystko tutaj pachnie nowością. Nawet na zdjęciach satelitarnych nie zostało to miejsce zaktualizowane jeszcze.
Podobają mi się te drewniane, rumuńskie kościółki. Ten poniżej jest w miejscowości Chizeni. Po drodze do miasta Dej mam jeszcze pauzę na kąpiel w strumieniu.
Co do miasta to nie mam żadnych planów. No może poza zrobieniem dużych zakupów na dalszą trasę. Tu kręcę się odrobinę w okolicy centrum. Miasto bardzo zadbane i o tej godzinnie bardzo tu spokojnie. Nie dziwię się bo jest bardzo gorąco. Nawet gołębie siedzą w cieniu drzew. Robię dłuższy odpoczynek na głównym placu korzystając z ogólnodostępnej ładowarki uzupełniam odrobinę energii w telefonie.
A teraz szybki zjazd na dół. Ponownie jestem nad rzeką Samosz. Tym razem jest już alternatywa i mogę spokojnie kręcić po drugiej stronie rzeki gdzie jest mniejszy ruch samochodowy.
Przede mną największe miasto, które dzisiaj odwiedzę. To leżące w samym sercu Siedmiogrodu Dej.
Zastanawiam się jak jechać dalej. Tutaj zmieniam swoje zamiary i zamiast na miasto Gherla jadę w kierunku wschodnim na Beclean.
Mimo, że jechałem główną drogą i po niezbyt wymagającym terenie to dotarcie do tego miasta zajęło mi niemal trzy godziny ! Jednak nie ma się co dziwić bo organizm jest zmuszony do znacznie większego wysiłku w tym upale. Tutaj już nie mogę sobie pozwolić na dłuższe przerwy bo to już dość późno, a kilometrów mam dzisiaj niewiele. Muszę też zrobić jeszcze jakieś zakupy bo nie jestem pewien czy trafię jeszcze dzisiaj na jakiś sklep po drodze.
Beclean to miasteczko liczące około 12 tyś. mieszkańców. Nie ma tu typowego centrum z placem. Główne i najważniejsze obiekty takie jak urzędy czy chociażby kościół św. Andrzeja zlokalizowane są
przy głównej drodze.
Czasami ścieżki rowerowe są tak wytyczone, że można zahaczyć o jakichś znak lub słup 😂
Za wioską Saratel odbijam na zupełnie boczną drogę. Widać, że asfalt położono tu całkiem nie dawno. Mam mega stromy podjazd. Musiałem końcówkę wpychać rower. Na szczęście to tylko ze 200 metrów. Tam w najwyższym punkcie rozbijam się na noc na pastwisku. Niestety nie mogę rozwiesić hamaka bo stoi tu tylko jedno drzewo w promieniu kilkuset metrów 😁
Opuszczam miasto i jednocześnie nurt rzeki Samosz. Teraz będę jechać w górę biegu rzeki Sieu. Początkowo myślałem by jechać na miasto Bistrita, ale ze względu na późną godzinę porzucam ten pomysł i kieruję się bardziej na południe. Jednocześnie zjeżdżam z drogi krajowej i jadę po zachodniej stronie rzeki Sieu.
Dzięki temu trafiam w bardzo ciekawe miejsce. Na skraju miejscowości Chirales, w piaskowej skale tuż przy drodze znajduje się wykuta w tej skale jaskinia. Jaskinią nazywana tylko potocznie. W rzeczywistości jest to dawna krypta wykuta w skale już w roku 1818. Pastera Contelui Bethlen powstała na zlecenie hrabiego Lajosa Bethlena i miała służyć jako grobowiec rodzinny. Hrabia został pochowany w tym miejscu prawie pięćdziesiąt lat później. Spoczął obok swojej żony Klary, która zmarła trzydzieści lat wcześniej. Niestety miejsce to nie miało szczęścia i już podczas pierwszej wojny grobowiec został splądrowany. Wszędzie można zobaczyć imiona osób odwiedzających to miejsce w przeszłości. Napisy wyryte są w piaskowej skale. Całe to miejsce robi niesamowite wrażenie ! Szkoda tylko, że ludzie zrobili z tego miejsca śmietnik i wychodek 😏
Za wioską Saratel odbijam na zupełnie boczną drogę. Widać, że asfalt położono tu całkiem nie dawno. Mam mega stromy podjazd. Musiałem końcówkę wpychać rower. Na szczęście to tylko ze 200 metrów. Tam w najwyższym punkcie rozbijam się na noc na pastwisku. Niestety nie mogę rozwiesić hamaka bo stoi tu tylko jedno drzewo w promieniu kilkuset metrów 😁


























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz